Polska przeprawa stulecia 2018   Przełomowy 2018   Polska przeprawa stulecia 2018   Przełomowy 2018   Polska przeprawa stulecia 2018

„Polska Przeprawa Stulecia” zakończona sukcesem!                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        

Zaczęło się od marzeń, przeszło przez ‘gadanie’ i zakończyło działaniem. „Polska Przeprawa Stulecia” Zakończona sukcesem! Przylecieliśmy do Stanów 16 sierpnia. Zaraz z lotniska w składzie Bogusław Ogrodnik, Aleksandra Bednarek, Hanna Bakuniak oraz Mirek Wolski pojechaliśmy w stronę Jeziora Tahoe, ponieważ właśnie tam odbyła się pierwsza część Naszego projektu.
Jezioro Tahoe leży w górach Sierra Nevada na wysokości 1897 m n.p.m. Jest drugim pod względem głębokości jeziorem w USA po jeziorze Kraterowym w Oregonie, jego maxymalna głębokość to 500 m, a dystans jaki pokonał Bogusław Ogrodnik płynąc przez nie wpław to 34 km. Swoje zmagania rozpoczął 17 sierpnia o godzinie 21.00 czasu lokalnego. Średnia temperatura wody wynosiła 16°C. Warto zaznaczyć, że Bogusław Ogrodnik swoim wyczynem, jako pierwszy Polak wpisał się na listę 24 godzinnych przepraw Open Water. Nie skończyliśmy jednak tylko na tej przeprawie, gdyż projekt dalej trwał. Dokładnie 27 sierpnia o godzinie 6.56 Aleksandra Bednarek rozpoczęła swoją przygodę, przeprawiając się przez Kanał Catalina. Ten akwen wodny leży pomiędzy Los Angeles a wyspą Catalina. Jego długość to 34 km. Kilka słów z relacji Oli: „ Pierwsze 10 km minęło mi szybko. Musiałam oswoić się z nowymi warunkami, gdyż pierwszy raz pływałam w oceanie. Temperatura wody początkowo wynosiła 18°C, jednak po pewnym czasie uległa zmianie i wzrastała stopniowo do 23°C. Ciekawie pływało się na oceanicznych falach, ponieważ są one długie, zupełnie inne niż np. na Morzu Bałtyckim czy jeziorze. Pomimo to, że płynęłam cały dystans pod falę z początku nie przeszkadzała mi. Mniej więcej 7 mil przed metą poczułam pierwszy przypływ optymizmu, ponieważ ujrzałam obrysy wyspy i z tym optymizmem płynęłam ok. 2km, ponieważ potem zerwał się wiatr, który spowodował, że ocean zaczął bardziej falować. Od czasu do czasu fala mnie zalewała i nie zawsze mogłam wziąć wdech wtedy kiedy bym chciała. Nie było jednak tak źle, gdyż po drodze odwiedziły Nas delfiny, pływające wkoło statku. To chyba sprawiło, że na chwilę zapomniałam o zmęczeniu i napełniło mnie kolejnym optymizmem. Wyspę widziałam już coraz wyraźniej. Wiedziałam, że zaraz zacznę szurać łokciami po dnie, to dodawało mi otuchy i motywowało mnie, aby płynąć dalej. Szczęśliwie, po 12 h 07 min 32 s dopłynęłam do celu. Kiedy już weszłam na łódź asekurującą po ok. 2 h wyruszyła Hanna Bakuniak w drugą stronę. Miala do pokonania tą samą trasę. Płynęła z falą w pięknym blasku księżyca. Od czasu do czasu widać było srebrzące się w świetle księżyca latające ryby. Pod koniec trasy Hani Kapitan zapytał czy chce z nią zakończyć przeprawę, ponieważ pozwalają na to przepisy. Jest jednak warunek, że nie mogę jej dotknąć i muszę płynąć za nią. Ucieszyłam się na tą propozycję i wskoczyłam ze statku do wody. Tym sympatycznym akcentem „Polska Przeprawa Stulecia” została zakończona sukcesem.Czas Hani to 10 h 19 m 15 s Wracając na statek zauważyłam fokę, która siedziała w wodzie ok. 10 m od nas i patrzyła swoimi pięknymi, czarnymi i szczerymi oczami. To było miłe uczucie. Wtedy już cała adrenalina z nas ‘spłynęła’ i ze spokojem wróciliśmy do domu.” „Polska Przeprawa Stulecia” to również charytatywne przedsięwzięcie, którym każdą milą zadedykowaliśmy Ignacemu Pianko, małemu Kardiokosmicie, który co dziennie pokazuje jak należy przełamywać bariery, stawiane przez życie. W tym celu założyliśmy zrzutkę, której 50% przeznaczyliśmy właśnie na Ignacego. Przypominamy, że zrzutka wciąż jest aktywna i całą kwotę jaką uda nam się zebrać do końca września, również przeznaczymy na Naszego Bohatera. Pamiętaj! Każda złotówka się liczy! ;-)
Dziękujemy za trzymane kciuki i wszelakie wsparcie! ?


Ola Bednarek VS Odyseja Wiślana                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        

Odyseja Wiślana to projekt napisany przez Leszka Naziemca, jednego z prekursorów Zimowego Pływania. Jego celem jest przepłynięcie wpław całej Naszej kochanej Wisły.
W lipcu bieżącego roku miałam przyjemność przepłynąć z nim, Markiem Grzywą oraz Łukaszem Tkaczem jeden z jej odcinków. Obstawę stanowili: Michał Starosolski, Zdzisław Domirski, Marcin Bednarek, Łukasz Kamiński i Adam Antoniuk.
Zaczęliśmy w piątek 20 lipca. Spotkaliśmy się przy moście w miejscowości Górka, niedaleko Opatowca. Pojechałam tam z Tatą. Na miejscu byliśmy pierwsi ok. 17.45. Moje pierwsze wrażenie było nieciekawe. Zobaczyłam brudną, po niedawno padających deszczach, Wisłę. Niosła ze sobą piach, glinę i patyki. Oprócz tego tworzyła się na niej piana. Z naszych szacowań jej nurt wynosił ok. 3 km/h. Z racji tego, że to była moja pierwsza taka przeprawa rzeką, naprawdę się trochę przeraziłam. Jednak bez paniki zanim przyjechała reszta ekipy uzupełniłam węglowodany i zmierzyłam temperaturę wody, która przy brzegu wynosiła 18°C. Planowo mieliśmy zacząć o godzinie 18.30, jednak ze względu na komplikacje drogowe Nasze zmagania rozpoczęliśmy ok. godziny 20.00. Standardowo na początku zrobiliśmy kilka zdjęć i zaczęliśmy wypatrywać miejsca, z którego najwygodniej byłoby nam wejść do wody. Ze względu na stojący przy brzegu statek, baliśmy się, że nie zdążymy z tym nurtem wypłynąć na środek rzeki i w niego wpłyniemy, w związku z tym postanowiliśmy przedostać się przez jakieś chaszcze i wejść za stojącą barką. Prawdę mówiąc poprawiliśmy sobie przy okazji krążenie, gdyż rosło tam sporo pokrzyw, ale przecież Leszek Naziemiec słynie z pływania na dziko, więc czemu nie. Ruszyliśmy Wytyczyliśmy sobie trasę na ok. 8 km, aby zdążyć przed nocą. W między czasie mój Tata pojechał na miejsce, w którym mieliśmy nocować. Była to bardzo przyjemna łąka nad rzeką gdzieś niedaleko Woli Rogowskiej. Mieliśmy tylko nadzieję, że Wisła tam nie wylała. Czułam trochę chłodu. Woda 18°C to już taka, którą nawet zimowy pływak odczuje. Wiedziałam jednak, że dzisiaj trasa jest krótka i dam radę, zaniepokoiłam się jedynie kolejnym dniem, ponieważ miałam świadomość, że będziemy płynąć dużo dłużej, jednak potraktowałam to jako dobry trening, przede wszystkim termiczny przed Cataliną. Płynęło mi się spokojnie, widziałam jak pięknie zachodzi słońce. Z perspektywy pływaka w wodzie widać niewiele, jednak bardzo podobały mi się domy w blasku zachodzącego słońca. Szczególną uwagę przykuł pewien kościół, nie wiem jaki, ale to wyglądało trochę jak w jakimś filmie. W pewnym momencie, gdy wzięłam wdech na prawą stronę zaniepokoiłam się również pięknie wschodzącym, prawie pełnym księżycem. Zmartwiłam się nie dlatego, że był piękny, lecz dlatego, że zbliżała się noc a naszego celu jeszcze nie było widać. Tak płynęłam jeszcze z jakieś 20 minut aż w końcu ujrzałam świecące światła. „Tak to on” pomyślałam, gdyż radosne oczy Naszego Land Rovera rozpoznam wszędzie ?. Tata ustawił go tak, abyśmy wiedzieli gdzie spływać. Dopłynęłam na miejsce ok. 21.15. Kilka minut później Leszek, a następnie chłopaki. Ognisko już na Nas czekało. Miejsce na nocleg okazało się trafnym wyborem. Tata mówił, że jak ludzie we wsi dowiedzieli się, że płyniemy Wisłę wpław to dali nam drewno na ognisko Oczywiście zrobiliśmy zdjęcie na dowód, że przeżyliśmy, ogarnęliśmy się i zjedliśmy kolację. Tak miło zlecił wieczór przy ognisku. Rozmawialiśmy o treningach, o ich projekcie, o Catalinie i o Zimowym Pływaniu. W miarę wcześnie poszliśmy spać, ponieważ kolejny etap zaplanowaliśmy o 6.00. Wybiła godzina O (od Odyseii ?). Wstałam o 5:30, zjadłam owsiankę, przebrałam się, uszykowałam węglowodany z BCAA oraz sezamki na kajak i ruszyliśmy. Leszek zaczął ok. 10 minut p rzed nami. Pogoda Nam dopisywała, słońce spokojnie wschodziło znad wału. Tym razem płynęłam w pomarańczowych szwedkach i nie ukrywam, że przez moment nic nie widziałam, ponieważ raziło mnie w oczy. Wtedy powiedziałam kajakarzowi, że płynę na niego, bo nie widzę nic przed sobą. Na szczęście trwało to niedługo. Myślę że woda w korycie mogła mieć ok. 17,5°C. Po drodze mieliśmy sobie zrobić jeden przystanek za drugą przeprawą promową w Nowym Korczynie. Kajakarze byli w kontakcie z moim Tatą oraz Panem Zdzisiem, którzy stale informowali Nas o sytuacji zaistniałej na lądzie. Niestety teren za tą przeprawą był zalany. No cóż, trudno, nie ma wyjścia, z tą świadomością płynę dalej. W między czasie dogoniłam Leszka. Spotkaliśmy się dokładnie w miejscu ujściu Dunajca do Wisły. Tam nurt był niesamowicie szybki jak na Polską rzekę. Oczywiście płynęliśmy z dala od samego wlotu, ponieważ tam woda aż się pieniła, robiło to wrażenie. Daliśmy się przez chwilę ponieść nurtowi i popłynęliśmy dalej swoim tempem. Słońce przez cały czas nam sprzyjało i motywowało do dalszego wysiłku. Za drugą przeprawą promową, gdzieś w okolicach Nowego Korczyna, wpłynęłam na teren zalewowy i centralnie pod sobą miałam po prostu trawę i przez pewien czas płynęłam samymi nogami. Chwile później podpłynęła do nas łódka motorowa z trzema mężczyznami. Myśleli, że ktoś wpadł do wody i postanowili podpłynąć. Wytłumaczyliśmy im jednak, że realizujemy projekt. Byli nim bardzo zaciekawieni i zrobili sobie z nami zdjęcie. Wtedy przytrzymałam się kajaka, gdy z nimi rozmawialiśmy i muszę przyznać, że niesamowicie miłym uczuciem było dotknąć dłonią nagrzanego od słońca kajaka. Zdobywając Koronę Oceanów nie można tak robić, to jednak było nasze luźne przedsięwzięcie, które traktowałam treningowo, dlatego nie wiązało się to z żadnymi konsekwencjami. Ruszyliśmy dalej, minęliśmy ujście rzeki Nidy. Bez problemu można było odróżnić te dwie rzeki, gdyż Nida przy Wiśle wydawała się krystalicznie czysta. Reszta trasy zleciała Nam bez jakiś większych przygód. Od czasu do czasu trafiłam tylko na jakiś patyk, trzcinę lub kawałek trawy. Płynęłam już ponad 4 h. Standardowo nuciłam piosenki pod nosem. Za każdym razem podczas przeprawy wpada mi do głowy jakaś nuta, którą najczęściej nucę. Tym razem hitem okazał się utwór „Ja to mam szczęście” Janusza Radka (w sumie był tematyczny ?). W pewnej chwili ujrzałam most nad Wisłą. Wtedy kajakarz powiedział mi, że kawałek za mostem jest nasz cel. Było to w miejscowości Szczucin. Woda wyglądała na wyjątkowo wzburzoną, ten ostatni odcinek płynęłam prawie w samych gródkach piany. Szczęśliwie dopłynęłam do celu. Było ciepło, ale mój organizm powoli przystosowywał się do nowej temperatury i stopniowo ogrzewał. Czekając na resztę ekipy zaczęliśmy robić herbatę i przygotowywać obiad. Zrobiliśmy makaron w sosie karbonara. Piszę to dla ciekawostki, gdyż w sposobie na… preferują dodać śmietanę, my zrobiliśmy mix z serków topionych i wyszło równie pyszne. Przepłynięty przez Nas dystans wynosił 41 km. Byłam z siebie bardzo zadowolona, nie tylko dla tego, że wytrzymałam tą temperaturę i dystans, ale, że po prostu coś udało mi się zrobić. Wzbogaciłam się o nową wiedzę i doświadczenie. Dowiedziałam się, że jeśli słyszysz szum w wodzie, to znaczy, że może nastąpić wypłycanie i trzeba uważać na kamienie. Na trasie posiłek przyjmowałam średnio co 20-30 minut. Były to węglowodany z BCAA, ale po ok. 3 godzinach sezamki i ciepła herbata z sokiem malinowym. Podsumowując to sprawozdanie w kilku słowach mogę po prostu powiedzieć, że tak właśnie bawią się pływacy Open Water! ?


Mistrzostwa Polski dystans 10KM 09 czerwiec 2018                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                          

Generalnie jest OK Do Przełomowego 2018 mogżymy dorzucić srebrny Hania i brązowy Ola krążek w kategorii młodzieżowców z
Mistrzostw Polski w Pływaniu na Wodach Otwartych na dystansie 10 km.
- temperatura wody 23 stopnie
-temperatura powietrza 29 stopni
-flauta na jeziorze
Zatem pogoda Nam dopisała.
Teraz chwila regeneracji i lecimy dalej bo Catalina czeka!


Mamry Śniardwy 31 maj do 3 czerwiec 2018                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        

Podczas długiego weekendu w dniach 30.05-03.06.2018 roku wyjechaliśmy na Mazury na Mazury w następującym składzie: Aleksandra Bednarek, Hanna Bakuniak oraz Piotr Biankowski. Naszym celem było zdobycie wpław Jeziora Mamry oraz Śniardwy, należących do Korony Polskich Jezior, którą chcemy zdobyć na przełomie czerwca oraz lipca bieżącego roku. Naszą weekendową podróż rozpoczęliśmy w Giżycku, odbierając łódź asekurującą, którą popłynęliśmy w stronę Jeziora Mamry. Nasze zmagania rozpoczęliśmy tego samego dnia ok. godziny 12.00. Wraz z Hanią Bakuniak wystartowałyśmy z zatoki znajdującej się w okolicach Przystani Skłodowo i udałyśmy się w stronę parkingu rowerowego, umiejscowionego obok parkingu rowerowego przy drodze DW650. Pogoda Nam dopisywała, słońce pięknie świeciło, jednak pomimo to na otwartym akwenie powiewał wiatr, przez co woda falowała. Pierwsze dwadzieścia minut stanowiło oswojenie się z warunkami, w jakich musiałyśmy płynąć. Nie możemy jednak na nie narzekać, największą dekoncentrację stanowiły żaglówki, na które musieliśmy uważać oraz szybkie łodzie motorowe, aby zapobiec kolizji Nasz sternik Robert oraz feeder i obserwator Marcin, dokładali wszelkich starań, aby na bieżąco informować łodzie o tym, że płyniemy za burtą i jednocześnie osłaniali Nas. Jednak jedną z ich ważniejszych funkcji było nawigowanie Nas ponieważ, brzeg był schowany za wyspą i nie było go widać z miejsca startu. Piotr w tym czasie regenerował siły przed swoim startem. Wraz z Hanią całą trasę przepłynęłyśmy, bez większych kryzysów. Woda była ciepła i jej temperatura wynosiła ok. 23 stopni. Uznałyśmy, że nie będziemy smarować ciała lanoliną w celu zachowania ciepła, zrobiłyśmy to jedyne w miejscach narażonych na obtarcia przez boję asekurującą, którą ciągnęłyśmy za sobą. Dystans jaki przepłynęłyśmy to 7 km 600 m. Z racji tego, że miałyśmy już do czynienia z dłuższymi odcinkami na tego typu akwenach, nie sprawił Nam dużej trudności. Posiłki przyjmowałyśmy co 30 minut. Były to węglowodany oraz BCAA rozpuszczone w wodzie, podawane na odpowiedniej tyczce. Robi się tak w celu uniknięcia kontaktu z łodzią oraz osobami znajdującymi się na niej, ponieważ podczas takich przepraw dotknięcie łodzi lub jakiejś osoby znajdującej się na niej jest zabronione, aby próba była zaliczona zawodnik musi samodzielnie rozpocząć przeprawę ze stałego lądu oraz samodzielnie ją zakończyć wychodząc na stały ląd. Po 2 h 30 minutach Piotr Biankowski ruszył w drugą stronę. Jego przeprawa potoczyła się podobnie jak moja oraz Hani. Jedyną rónicą był dystans, który przepłyną, ponieważ wynosił ok 7 km 300 m. Po kilku godzinach zmagań z dumą możemy stwierdzić, że zdobyliśmy Jezioro Mamry i to nawet w dwie strony. Do końca dnia nie zostało Nam już wiele czasu, w związku z tym udaliśmy się w stronę Jeziora Śniardwy. Po drodze zatrzymaliśmy się na noc na Niegocińskim jeziorze w porcie Wilkasy. Tam zacumowaliśmy łódkę, zjedliśmy porządną kolację i poszliśmy spać. Nasze miejsce cumowania łodzi nie było jednak trafne, gdyż staliśmy bokiem do pomostu na wejściu do portu. Pechowo trafiliśmy na wiatr tworzący spore fale, co powodowało, że silne bujanie łodzią i nie wyspaliśmy się zbyt dobrze. Wczesnym rankiem odpłynęliśmy na Jezioro Śniardwy. Dokładnie to był pierwszy dzień czerwca. Na Dzień Dziecka, postanowiliśmy odpocząć i poświęcić ten czas na regenerację przed kolejną przeprawą. Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad i lody w Mikołajkach. To już był ostatni postój przed Portem Popielno, do którego zmierzaliśmy. Po dotarciu na miejsce po zacumowaniu łodzi oczywiście poszliśmy do sklepu zrobić zapasy na kolejny dzień zmagań, tam nawiązała się ciekawa konwersacja z pewną Panią, której opowiedzieliśmy o Naszych szalonych pomysłach. Potem doszło kilkoro jej znajomych i obiecali, że rano przyjdą Nam kibicować na starcie. Nasz projekt tak im się spodobał, że Nawet żeglarze życzyli Nam flauty następnego dnia. Po pożegnaniu się poszliśmy na krótki rozpływanie do jeziora, po czym zaczęliśmy regenerować siły przed kolejnym dniem. Planowo chciałyśmy z Hanią rozpocząć przeprawę przez Śniardwy 2 czerwca o 6.00, mieliśmy jednak godzinkę opóźnienia. Jednak pomimo to Nasi wierni kibice tak jak zadeklarowali dzień wcześniej zjawili się na miejscu startu. Była pochmurna pogoda, wiał wiatr i z początku lekko padało. W każdym razie pogoda nie była zachęcająca do płynięcia. Dziś postanowiłyśmy posmarować nieco grubiej wazeliną. Założyłyśmy boje i ruszyłyśmy przed siebie. Za trzcinami łódź z załogą już czekała. Ten akwen stanowił dla Nas wszystkich większe wyzwanie. Ze względu na zachmurzenie nie było widać drugiego brzegu. Nie ukrywam, że tym razem nawigacja nie wyszła mi najlepiej. Przez pierwsze 6 km towarzyszyła ok. 0,5-0,7 metrowa fala. Z perspektywy łodzi nie była ona bardzo duża, ale z perspektywy pływaka znajdującego się w wodzie sprawiała zupełnie inne wrażenie. Momentami nawet nie widziałam Hani, tylko jedną wodną ścianę. Muszę jednak przyznać, że gdy wpadło się w ‘rezonans’ z falą, polegający na tym, że w momencie gdy znajdowałam się na jej grzbiecie rękę miałam w górze, a gdy byłam w dolinie atakowałam ręką w dół, całkiem nieźle się płynęło. W porównaniu z Jeziorem Mamry częściej natrafiałam na glony. Raz nawet miałam wrażenie, że zaraz się za plączę, ale ten kawałek na szczęście nie był długi. Podobnie jak wcześniej przyjmowałyśmy posiłki co 30 minut. Do 10 km były to węglowodany oraz BCAA rozpuszczone w wodzie, później oprócz tego jadłam sezamki a Hania przyjmowała żel. Tym razem nie obyło się bez kryzysu. Po przepłynięciu 12 km zaczęłam czuć, że jest mi zimno w dłonie oraz stopy. Z początku czułam pewien niepokój wiedząc, że zostało jeszcze ok. 6 km. Na następnym karmieniu poprosiłam po prostu o ciepłą herbatę. Dzięki temu czułam się odrobinę lepiej. Zdrętwienie w palcach czułam jeszcze przez godzinę, potem ustało. Po późniejszej rozmowie z Hanią dowiedziałam się, że miała podobny problem. Być może było to spowodowane wiatrem, który owiewał mokre dłonie podczas przenoszenia ręki nad wodą, wiemy jednak, że umiejętności nabrane podczas przygody z Zimowym Pływaniem pozwoliły Nam płynąć dalej. Trasa była o wiele dłuższa niż ta z przed dwóch dni. Miałam wrażenie jakbym płynęła po nie wiadomo jak wielkim akwenie, prawie w ogóle nie widziałam lądu, momentami odnosiłam wrażenie jakbym pływała w koło, ale ufając nawigatorowi po 18 km 550m dotarłam wraz z Hanią do celu, który znajdował się w miejscowości Tartak Okartowo. Płynęłyśmy 5 godzin i 30 minut. Po takim czasie, zanim wyszłam na ląd musiałam znaleźć pion, ponieważ po takim czasie płynięcia w poziomie po ukończeniu przeprawy może przez chwilę kręcić się w głowie. Teraz przyszedł czas na Piotrka. Równo o godzinie 13.00 Piotr Biankowski rozpoczął przeprawę przez Śniardwy, a Ja wraz z Hanią pochłonęłyśmy obiad w kilka minut i dodawałyśmy otuchy Piotrowi podczas gdy on płyną. Poleciłyśmy mu również posmarować się dziś trochę grubiej wazeliną, jednak po kilku minutach rozchmurzyło się i wyszło piękne słońce, a na jeziorze zrobiła się, wcześniej życzona Nam przez żeglarzy, flauta. Piotr miał nieco inne przygody niż my. Oprócz glonów atakowały o ryby. W połowie trasy sześćdziesięciocentymetrowy sandacz uderzył go płetwą ogonową w policzek. Jego mina była wtedy bezcenna, pomimo to ze spokojem ruszył dalej. Ze względu na wczesna porę mojego i Hani startu nie miałyśmy ruchu żaglówek na jeziorze, Piotr jednak pod koniec trasy podczas przecinania szlaku żeglugi płyną przez chwilę kursem kolizyjnym z dwoma białymi flotami oraz jedną żaglówką, na szczęście śmiało wybrnęliśmy z tego miejsca i ponownie znaleźliśmy się poza szlakiem w bezpiecznym miejscu. Dzielnie płynąc do celu przebył 17 km 300 m. Różnica w między długością dystansu w dwie strony przez ten akwen wynikała z innego sposobu omijania miałkkiej górki znajdującej się w połowie tego jeziora. W taki sposób możemy po raz kolejny być dumni z tego, że udało Nam się zdobyć Śniardwy i to nawet w dwie strony. Warto wspomnieć, że przeprawę Piotra zakończyliśmy małym widowiskiem. Podpłynęliśmy łodzią do plaży w Porcie Popielno, wskoczyłyśmy do wody i krzyknęłyśmy do ludzi kąpiących się przy plaży: „Słuchajcie, ten gościu właśnie przepłyną Śniardwy!” Prawdę mówiąc nie myślałyśmy, że zrobimy takie widowisko, wszyscy patrzyli, dopytywali się o szczegóły, gratulowali, bili brawo i przybijali Nam piątki. Zmagania z Jeziorem zakończyliśmy ok. godziny 19.30. Po tym dniu spało nam się rewelacyjnie. Po kolacji od razu rozpoczęliśmy regenerację. 3 czerwca o 5.30 ruszyliśmy w stronę Giżycka, aby zostawić łódkę. Pomimo tego, że już nie płynęliśmy wpław, Neptun, który dzień wcześniej został przez Nas poczęstowany trochę mocniejszym napojem niż herbata(zwyczaj żeglarski mówiący, że przed podróżą przez otwartą wodę należy „Napić się z Neptunem”), okazał się być przychylny i również w słońcu i flaucie spokojnie wróciliśmy do domu. Dwie przeprawy przez dwa największe pod względem powierzchni Polskie Jeziora okazały się być sukcesem. Miło spędziliśmy czas stawiając przed sobą nowe wyzwania i zdobywając doświadczenie, które na pewno będzie dla Nas bardzo ważne podczas kolejnych prób zdobywania innych akwenów wodnych.
Kolejny przystanek Dąbie i Miedwie.


Narodziny projektu styczeń 2018                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        

Ten projekt powstał z niczego. Chcieliśmy zrobić coś czego jescze nie było.
I t narodził się pomysł KORONY POLSKICH JEZIOR :)
Następnie co tu dalej i tak powstała Katalina i Tahoe